Przez ostatnich kilka lat miałem okazję jeździć wieloma motocyklami. Jednym, z nich był stary radziecki, Iż. Motocykl jakby żywcem wyjęty z lat pięćdziesiątych ubiegłego wielu. Potężny, prosty i toporny. W tym właśnie był jego urok. Oczywiście na początku należało nauczyć się go odpalać. Bo jak przekopać taki jednocylindrowy silnik? Nie jest łatwo. Dlatego Rosjanie dodawali odprężnik, pozwalał on uchylić trochę zawory, dzięki czemu ciśnienie w cylindrze nie było aż tak duże. To ułatwiało zapalanie. Żem jeździłem dużo i wszędzie. Nigdy mnie nie zawiódł, złościłem się na niego tylko w czasie deszczu. Żałowałem, że nie ma dachu. Ale poza tym nie mogłem powiedzieć na niego złego słowa. Prezentował się doskonale, jeździł jeszcze lepiej, nie był awaryjny. Może trochę za dużo palił, ale zdawałem sobie sprawy, że motocykl tego typu nie będzie małolitrażowy. Niestety z powodów osobistych musiałem go sprzedać. Żałuje tego do dzisiaj. W końcu to kawał dobrego motocykla.