Pierwszym poważnym rowerem był Pelikan, który dostałem w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Pamiętam do dziś jego kolor. Zielony, ze srebrnymi napisami. Koła szesnaście cali, chromowana kierownica, siodełko z imitacją skóry, bagażnik. Jednym słowem super maszyna. Co prawda byłem w takim wieku, w którym nie mogłem jeździć samodzielnie w dalekie trasy, ale miałem na to wielką ochotę? W końcu ten sprzęt, to było coś, czego nie musiałem się wstydzić. Niestety jeździłem nim dość krótko. Młody człowiek szybko rośnie, więc szybko rower stał się dla mnie za mały. Przesiadłem się na rower tego samego typu, ale troszkę większy, a więc składak, ale na kołach dwadzieścia cali. Miałem takie dwa. Jeden nowy, drugi stary. Obydwa prezentowały się nieźle i równolegle towarzyszyły mi bardzo długo. Po wielu latach zamieniłem je na nowość, czyli rower górski.
Moje jednoślady. Temat szeroki jak rzeka, ale jak bardzo przyjemny! Pojazdami jednośladowymi jeżdżę w zasadzie od urodzenia, może trochę później. Pierwszym był dla mnie mały rowerek o nieokreślonej nazwie. Pamiętam, był niebieski i miał dość nietypowe, staromodne opony. Ale był mój i bardzo go lubiłem. Przed dwoma miesiącami, robiąc porządki w pomieszczeniach gospodarczych natknąłem się na ten wehikuł. Oczywiście nie omieszkałem trochę się nim przejechać. Doszedłem do wniosku, że trochę urosłem i się już na nim nie mieszczę, ale to nic. I tak było miło. Potem rowerek po prostu trafił na złom. Zdjęcie z jazdy próbnej będzie jedyną pamiątka istnienia tego wynalazku. Ale cóż, nie można być za bardzo wrażliwym i trzymać takich sprzętów w nieskończoność. Kiedyś trzeba było je wyrzucić. W końcu nie ma sensu obstawiać się wszystkim, co jest ładna pamiątką.